Rodzina. Niby się ich wszystkich zna, a potem człowiek się dziwi tak, że zbiera z klepiska opadniętą szczękę.

Rodzina może być mała, może być duża, ale każda ma swoją historię. Człowiek bowiem nie pojawia się na tym świecie znikąd, ale z całym bagażem genów, dziejów i przodków. Ci ostatni czasem lubią się ukrywać, zagubić, a przede wszystkim nie wychylać, coby inni zbyt usilnie nie grzebali w ich życiorysie. Bo dokopać się można do takich faktów, przy których brudne ręcę będą ledwie zauważalnym utrudnieniem. Pytanie zatem brzmi – czy warto? Czy koniecznie musimy wiedzieć skąd nas wiedzie droga? A może lepiej byłoby żyć w błogiej nieświadomości, a tych, którzy przeminęli, po prostu zostawić w świętym spokoju? Problem pojawia wtedy, kiedy to ci zza grobu nie pozwalają o sobie zapomnieć.

Bliskich nie można zmieniać, jeśli sami tego nie chcą.

„Antonina Biczak była kłębkiem nerwów”. Dlaczego? Ano dlatego, że rodzina to nie sielanka, ale cała masa obowiązków, która dotyczy także osób, z którymi już się nie mieszka, a które na zawsze pozostaną w zasięgu. I nie tylko naszego wzroku, ale także słuchu, ruchu i emocji. A zasięg w dzisiejszych czasach bardzo trudno stracić, nawet kiedy pojedzie się na wieś. Tam to dopiero wyostrza się zakres tego, co można usłyszeć, kogo spotkać i jak wielu pytań się nabawić. Kiedy Antonina, pomagając w organizacji pięćdziesiątych urodzin swojej mamy, zawitała do miejsca, z którego pochodzi jej rodzina, przygotowanie przyjęcia okazało się najmniejszym z problemów. Czego zdecydowanie nie można powiedzieć o ludziach żywych i umarłych, którzy jednakowo wiele mają do powiedzenia. A kiedy Antonina trafia na pytania bez odpowiedzi, wtedy zaczyna się robić ciekawie. I kłopotliwie.

Dom może być schronieniem, a może być dołem, który człowieka zasysa i wciąga.

Dom zaś, a właściwie chatę, Antonina odziedziczyła mimochodem i nie spodziewała się, że powinna jednak pochodzić, powęszyć i dowiedzieć się, dlaczego właśnie jej babcia postanowiła ją zapisać. Ale kiedy wokoło rozpoczyna się istne pandemonium, które dziwnym trafem dotyczy otaczających ją ziem i przybytków, Antosia zaczyna rozumieć, że to, co minęło, wcale się nie zdezaktualizowało, lecz domaga się wyjścia na powierzchnię. I to z samej piwnicy jej chaty! Jednak, żeby każdy wyszedł z tej konfrontacji obronną ręką, potrzeba przyjaciół, narzeczonego i policji, bo w centrum uwagi znajdzie się także trup, którego obecność mówi więcej niż co niektórzy członkowie Tosinej rodziny. Kto zaskoczy najbardziej, kto okaże się niezłym strategiem, a kto działa pod przykrywką? W tej historii, z rodziną wychodzi się dobrze nie tylko na zdjęciu:-)

I tak na babski rozum może właśnie powtarza schemat.

„Na babski rozum” jest opowieścią o poszukiwaniu prawdy o swojej rodzinie, szczególnie tej dalszej, która już niby przeminęła, a jednak jej kroki wciąż słychać w oddali. Kiedy podąży się za nimi, można znaleźć nie tylko trupa na torach, ale także skrzynię pełną niespodziewanych skarbów, nowych członków rodziny i prawdę o tych, którzy już sami nie potrafią jej obronić. Jeszcze cenniejsze okazuje się zaś to, co dziedziczymy w genach, bo tylko tak możemy wytłumaczyć zachowania ludzi, a także przerwać błędne koło popełniania ciągle tych samych błędów. Bo tak na babski rozum, to bez rodziny ani rusz. A najlepiej ruszyć razem i przekopać wspólny ogródek genealogiczny!

Gorąco polecam.

*Wszystkie cytaty pochodzą z książki Na babski rozum, Marta Obuch, Wydawnictwo Filia, 2026