Każdy gwałtowny ogień musi się w końcu wypalić, pozostawiając po sobie zimny popiół.
Walc, jako gatunek muzyczny i odmiana tańca, kojarzy się z czymś dostojnym i eleganckim. W głowie widzimy obrazy pary wirującej płynnym, okrężnym ruchem na parkiecie, która musi idealnie zgrać swoje ciała, aby nie wypaść z rytmu. A ten jest zadziwiająco prosty – raz, dwa, trzy… raz, dwa, trzy… raz, dwa, trzy… Wydawałoby się, że każdy powinien umieć go zatańczyć. Kiedy jednak tancerze od dawna nie ćwiczyli kroków i więcej ich dzieli niż łączy, wtedy chyba warto zmienić tancerza, albo powrócić do treningów. W przeciwnym wypadku walc może okazać się tym pożegnalnym, kończącym nawet długotrwałą relację. Kto powiedział jednak, że nie może być też początkiem zupełnie czegoś nowego?
Pani Smith mówi, że na miłość trzeba cierpliwie poczekać (…) Bo ona nie spada na człowieka, tylko się powoli rodzi.
Eliza Winter za wszelką cenę chce, aby jej wspólny taniec z Richardem odzyskał swój rytm i spokój. Opiekuje się mężem na wszelkie znane jej sposoby, bo wierzy, że troska i miłość są w stanie zmotywować człowieka do walki. Trudno jednak stawać w szranki z przeciwnikiem, który z jednej strony pomaga, a z drugiej podstępnie niszczy resztki zdrowego rozsądku. Niestety uzależnienie Richarda od pewnej substancji stawia Elizę na przegranej pozycji, a uratować go może jedynie on sam. Wśród żalu i lęku toczy się zatem życie w Winter Abbey, z którego Eliza w końcu chce się wyrwać… Skoro nie można powrócić do tego, co było, może czas pogodzić się z rzeczywistością i zadbać o swoje własne potrzeby i ambicje? Pani na wrzosowisku nie spodziewa się jednak, że wymysły chorego umysłu jej męża mogą tak szybko się ziścić. Pytanie tylko, czy nowy taneczny partner to początek czy koniec kłopotów… Faktem jest, że nawet w życiu Stanisława, brata Elizy, piekło, do którego trafił, może okazać się wstępem do nieoczekiwanego raju. Może zatem warto zaufać losowi i postawić wszystko na jedną kartę?
„Walc pożegnalny” to nie tylko czytelnicze „do widzenia” rzucone bohaterom czterotomowej sagi, ale zwieńczenie jakże wymownego muzycznego widowiska, które w dziewiętnastowiecznym Londynie cieszyłoby się ogromnym powodzeniem. Są w nim silne emocje, ale i zwyczajne angielskie życie; są obyczaje i zmiany społeczne, ale i poznawanie nowych zakątków świata; wreszcie, jest w nim kobiecość, która nadaje sadze pełną pragnień feministyczną odsłonę. To opowieść, w której bohaterowie tańczą do swoich własnych melodii, które dziwnym trafem idealnie ze sobą współgrają. Choć wydaje się, że zakończenie nastręczy trudności, a ostatnie takty będą wymagały nie lada tanecznych wygibasów, to wszystko osiąga swój harmonijny finał. Nie brakuje zwrotów i piruetów, mylenia kroków po to tylko, aby na końcu poczuć błogość z finałowego akordu. Raz, dwa, trzy… raz, dwa, trzy… raz, dwa, trzy – już dawno żadne zakończenie sagi nie przyniosło mi takiej satysfakcji czytelniczej. Tutaj każdy takt trafia w punkt, serce drży w obliczu złowieszczych nut, a finałowy krok postawiony jest tam, gdzie powinien. Nic dodać, nic ująć.
Polecam – dajcie się porwać w taneczny wir nawet jeśli macie dwie lewe nogi.
*Cytaty pochodzą z książki Walc pożegnalny. Pani na wrzosowisku. Tom 4, Lucyna Olejniczak, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2026